Szukaj

travel with Wero

Przygody małe i duże, te spełnione, wymarzone i nieujawnione jeszcze:)

Łapanie promyków słońca…

Cześć wszystkim!

Czas na reaktywację mojego monologu ze światem. Będę tu wrzucać to co mi w duży gra, w końcu mamy wolność słowa 🙂
Jak się dziś okazało bardzo dawno mnie tu nie było – ten ostatni czas jakiś taki bez podróży dalekich się objawił, ale za to z mnóstwem innych wydarzeń fajnych. Jako że to blog o podróżowaniu to nie będę tu ich opisywać lecz zaznaczę tylko, że było warto je przeżyć i uświadomić sobie jakie mam fajne życie 🙂

Lista zrobiona już kilka lat temu więc od tego czasu trochę mi się udało spełnić tych planów. Myślę, że każdy powinien sobie stworzyć taką, dzięki temu łatwiej jest nam układać życie, uświadomić sobie co jest ważne. Może to nie są podróże, może to swój kąt, pies czy co Ci w duszy gra – tylko spełniaj marzenia!

Dzisiaj jednak jest dzień innego typu – dzień listy marzeń.
Jakiś czas temu znalazłam na jednym z profili na fb człowieka, który umieścił swoją listę rzeczy, które chce zrobić w życiu. Było tego całe mnóstwo, a niektóre z nich tak absurdalne, że aż zabawne.
Tak to sobie czytałam, z niektórych się śmiałam, inne podziwiałam, a jeszcze inne chciałam najnormalniej w świecie skraść i zachować dla siebie.
I tak też zrobię, potraktuję jako inspirację…

A więc moja lista:
Podróże do/na:
– Tajlandia – done
– Wietnam
– Filipiny
– Nowa Zelandia – done
– Galapagos
– Australia – done
– Kanada
– Teksas
– Machu Picchu
– Transylwania
– Alaska – Jukatan
– Kenia

Chcę zrobić:
– skoczyć ze spadochronem – done
– skoczyć na bange z mostu – done
– popływać na surfingu na dużych falach (ok zacząć od małych trzeba ;P) – na małych już się udało
– zobaczyć zorzę polarną
– przejechać konno Mongolię

– poprowadzić psi zaprzęg
– zagrać na harmonijce przy ognisku gdzieś na prerii – żeby się udało Piotrek musiałby mnie znowu uczyć grać, może kiedyś ;P

O rany ale się tego nazbierało. Będę bardzo zajęta przez najbliższe lata 🙂 Jeśli ktoś ma ochotę mi w którymś towarzyszyć – odzywajcie się, będzie łatwiej zaplanować co pierwsze!!

Moja australijska przygoda.

Australia to dla wielu z nas kraj wymarzony. Dla mnie osobiście był na liście „do odwiedzenia”. Dzięki tej pracy ziściło się moje marzenie. Jestem tutaj i czerpię pełnymi garściami. Na początku było Darwin, słynne między innymi dzieki Sweetheart. To wielki krokodyl, który przez długi czas zabijał ludzi, a jego samego nikt nie mógł złapać. Do czasu oczywiście. Teraz wypchany stoi w muzeum i ludzie nie doceniają już jego grozy. Ot leżący eksponat. Jak sobie wyobraziłam, że takie cudo mogłoby do mnie podpłynąć w czasie kąpieli to nagle odechciało mi się wchodzić do wody;) Oprócz tego z gościmi zwiedziliśmy miejsca związane z wojną, nalotami Japończyków. To wielka część historii tego kraju, który jest stosunkowo młody. Byliśmy więc w schronie, gdzie zachowano elementy wyposażenia. Można też zobaczyć co jedli żołnierze, co pili. Chyba najfajniejsze bylo piwo, które ze specjalną etykietą czekało na spragnionych. W Darwin właściwie nie ma co zwiedzać. Małe, ciche miasto w Północnym Terytorium. 


Kolejne bylo Cairns. Tutaj już trochę więcej się dzieje. Niestety plany planami, a życie życiem. Mój ograniczony czas muszę bardzo szanować. Dlatego też gdy wybiła 2:30 popędziłam do kajuty się przebrać. Po chwili zwarta i gotowa do eksploracji wyszłam na ląd. Tym razem zwiedzanie nie bylo mi pisane. Okazało się, iż wszystkie aktywności są czasochłonne i nie zdążymy. Nici więc z Wielkiej Rafy Koralowej czy Skyrail. Udało się jedynie obejrzeć miasto i zjeść przepyszne lody:)

Dotarłam do celu;)

Ci którzy mnie dobrze znają wiedzą, że Australia i Nowa Zelandia zawsze były moim marzeniem. Ono się właśnie spełnienia a ja siedzę i jem sobie ciasteczka w porcie w Darwin. Poniżej parę zdjęć z wycieczki po „must see” w miescie i okolicach. Np. racja piwna żołnierzy podczas II wojny światowej. 

Przekroczyć równik

Jak już część z Was wie czasem zdarza mi się trochę żeglować. Nigdy jednak nie przekroczyłam tej magicznej linii oddzielającej dwie półkule. Aż do teraz. Magiczna data to 11.11.2017 godz. 16. Wtedy też odbył się mój chrzest. A wyglądało to tak… Dzień wcześniej zapytano o ochotników chcących wziąć udział w pokazie dla gości. Jak tylko się o tym dowiedziałam, zgłosiłam się oczywiście;) Do wyboru były stanowiska syreny, pirata albo też „ofiary”. Syrena odpadła w przedbiegach, przecież mnie znacie… więc chętnie zostałam skazaną. W dawnych czasach żeglarz przekraczający równik najpierw był wysmarowany rybnymi resztkami, potem całował rybę i byl wrzucany do morza. Teraz jest trochę łatwiej, ale zasady są podobne. Posejdon wydaje wyrok na skazańca, który udaje się do rzeźnika lub łapiducha. Ja za swe czyny musiałam ponieść karę przygotowaną przez rzeźnika. Na mej głowie wylądowała dziwna breja koloru niebieskiego, z domieszką mydlin i bliżej niesprecyzowanwj zawartości. Następnie pirat przyniósł wielkiego tuńczyka, który różami nie pachniał. Dostał soczystego buziaka i wrzucono mnie do basenu. Ot chrzest:) Mój los podzieliło jeszcze kilka osób z załogi i jeden odważny gość. Teraz juz jestem trochę bardziej żeglarzem;) Jak tylko pozwolili nam wyjść z wody czas było na szybkie przygotowania do kolejnego masażu. Tak, tak… praca musi być wykonana. Najgorsze było to, że niebieski barwnik nie chciał za nic zejść z moich włosów. Hahaha dobrze, że mogę je spiąć więc nikt nie zauważył;) Ale co tam, było zabawnie, tak jak lubię więc super! 

Sri Lanka…

…czyli inne oblicze Indii.

Na pierwsze się nie załapałam, więc musiałam wykorzystać drugie. Jak tylko dowiedziałam się, że mogę zejść na ląd, rozpoczęłam przygotowania logistyczne. Na szczęście znam ludzi, którzy już tam byli więc zasięgnęłam języka (dziękować dobrym ludziom;). Rano poszłam do pracy, nudy na pudy, bo wszyscy goście zwiedzali od rana. Oczekiwałam z niecierpliwością końca. Gdy tylko wybiła 12:30 w te pędy pobiegłam się przebrać i na miasto;) Na pierwszy rzut zwiedziłam niesamowicie ciekawą buddyjską świątynię  Gangaramaya Temple. Na miejsce dostarczył mnie przesympatyczny taksówkarz, który pokazywał mi przez całą drogę najważniejsze miejsca. Dawną siedzibę rządu, najciekawsze hotele, pub niemiecki;). W Kolombo znajdziesz wszystko. 

Wracając do świątyni. Może nie była najbardziej powalająca swoim pięknem, ale miala coś w sobie. Jakiś spokój, ciszę. Dodatkowo w środku znajduje się muzeum przeróżności. Od tysięcy wizerunków Buddy, poprzez kilka Mercedesów, wiele zegarków, obrazów, różnych bibelotów, po figurę słonia naturalnych rozmiarów. To wszystko zgromadzone na niewielkiej powierzchni robiło wielkie wrażenie. Trafiłam akurat na porę modlitw. Mężczyźni modlili się wokół świętego drzewa, chodząc dookoła niego ze świecami. Kilku zaś młodych chłopców w tym czasie ciewzko pracowało, czyszcząc i polerując metalowe elementy świątyni. Każdy był na swoim miejscu. 

Następnie udałam się do Odel, by zobaczyć słynne batiki. Jest to metoda produkcji przepięknych wzorów na narzutach, chustach. Na materiale tworzy się wzory z wosku, a później moczy się całość w farbie. Powstają w ten sposób niecodzienne wzory, z których słynie Sri Lanka. Są przepiękne, tylko strasznie niewygodne;) Obejrzałam, odhaczyłam.
Potem było zwiedzania cd. Ratusz, meczet – oba majestatycznie usytuowane w centrum. Ja natomiast poszłam tam gdzie lubię chodzić najbardziej. Do knajpki serwującej tradycyjne jedzenie. Przed wejściem stało mnóstwo tuk-tuków, ciągle ktoś wchodził do środka. Nieomylne znaki, że warto spróbować. Tak też zrobiłam. Zamówiłam kothu rotti – tradycyjne danie. Oprócz tego spróbowałam kokosowego rotti, ktore było przepyszne. Talerze jak to w takich miejscach nie powalały czystością, ale tak to już jest. Kothu rotti zabrałam na wynos, bo czas naglił. W czasie przygotowywania potrawy z właścicielem ustalaliśmy jak trafić do Fabryki Kamieni Szlachetnych- kolejnego dobra narodowego Sri Lanki. Trochę to trwało, było mnóstwo śmiechu, bo oczywiście jeden chłopak, znajomy właściciela powiedział, że mnie zawiezie wszędzie tylko nie zna angielskiego;) Ehhh Ci przesympatyczni kierownicy. Stwierdziłam, że raz kozie śmierć, jedziemy tylko ustalmy cenę. W międzyczasie kilku kolejnych zaoferowało swe usługi, oczywiście w dobrej cenie. Mój kierowca rozpoczął szykowanie pojazdu. Z zaplecza wyjął koło i poszedł je zamontować. To się nazywa patent antykradzieżowy;) W tym czasie uzgodniłam super cenę, a moim kierowcą okazał się jednak mówiący świetnie po angielsku przesympatyczny Rasam, właściciel knajpki. Stwierdził, że kończy pracę więc mnie zawiezie wszędzie gdzie chcę. To pojechaliśmy. Najpierw do Fabryki, gdzie odjeło mi mowę przy wejściu. Tyle kamieni szlachetnych w jednym miejscu jeszcze nie widziałam. Na miejscu małe zakupy i już trzeba było wracać na statek. 4 godziny to zdecydowanie za mało…ale trzeba korzystać z każdej chwili. Rasam odwiózł mnie do portu, gdzie poszłam zwiedzić jeszcze jedno miejsce – buddyjską świątynię, lecz w innym wydaniu. Na wysokości kilkunastu metrów wznosi się kopuła będąca miejscem poświęconym Buddzie. W środku wymalowane są sceny z życia Buddy, historie łączące go z Kolombo. Coś niesamowitego. Wokół zaś roztacza się panorama miasta. Chylące się ku upadkowi dawne budynki wybudowane przez Anglików tworzą ciekawy kontrast z nowoczesnymi hotelami, świątyniami, czy też budynkami wybudowanymi przez Chińczyków. To oni teraz są głównym „portfelem” stolicy. Hotele, inwestycje, wszystko wspierają oni. Nawet istnieją dwa porty. Jeden jest krajowy, a drugi chiński. 

Te ciekawostki opowiedział mi Anthony. Przesympatyczny przewodnik, którego pozdrawiam:) Potem już tylko biegiem na statek, kilka fotek z tubylcami. Tak, tak bycie blondynką powoduje, iż jestem swoistą atrakcją. Znajoma śmiała się, że mam brać $5 za sztukę;)  W życiu nie miałam tylu zdjęć z ludźmi. Ale fajnie, przynajmniej mają pamiątkę. 
A teraz płynę w kierunku Singapuru i dalej Indonezji. Ahoj przygodo!

Pozdowienia od Rasama, mojego super tuk-tukarza:)

Długie NIC

Właściwie to w tym miejscu chciałam Wam opisać intrygujące Indie, ale niestety tego nie zrobię. Tak sie złożyło, że moja firma nie dostarczyła na pokład książeczki marynarza, co oznacza, iż wszystkie porty w Indiach były przede mną zamknięte. To było dziwne uczucie, a nawet powiem więcej – przytłaczające. Przez tydzień mimo dni wolnych odebrano mi możliwość zwiedzania… Ehh to było ciężkie doświadczenie. Stoisz przy brzegu, a nie możesz zejść. Nie to było jednak znamienne. Jak tylko dowiedziałam się, że z zejścia na ląd nici zaczęłam załatwiać papierologię, żeby mogła mnie odwiedzić Gabi (pozdrawiam;). Wszystko załatwione, podpisane, rano czekam przy wejściu, a tu du…. znaczy się lipa. Dzwonią do mnie, że na bramie do portu nie ma ich danych. No więc ja biegiem do ludzi ode mnie z pytaniem dlaczego tak jest? Mówią żebym zapytała Hindusa, no to pytam. On mówi, że mam wziąć paszport i do nich iść. Ale ja nie mogę bo nie mam tej książeczki. No więc próbuję inaczej. Pytam swoich oficerów, a oni mówią, że się nie da nic zrobić. Moja irytacja wzrasta lekko, bo przecież załatwiałam to z nimi kilka dni temu. Stoje i tłumaczę jeszcze raz. W końcu idą z listą na bramę, a tam słyszą, że port to nie miejsce do zwiedzania i  moi odwiedzający nie mogą przejść. Paranoja jakaś. Nie udało się ich przekonać, więc mimo tego, iż staliśmy od siebie może 100 metrów zobaczymy się w Polsce dopiero… Taka sytuacja! Więc zdarzają się też mniej fajne chwile podczas tego wyjazdu. Ale nic tam, Indie już za mną. Teraz czas na nowe kraje… kolejna będzie Sri Lanka. 

Tym razem Oman.

Muszę się przyznać bez bicia, że odkąd nie jestem w Europie to zaniedbałam trochę bloga. Wybaczcie, ale gdy mam raptem kilka godzin to wybieram obejrzenie nowych miejsc, a z Wami dzielę się fotkami na fb. Jak wrócę do cywilizacji internetowej to nadrobię, obiecuję. A tymczasem kilka wspomnień z dzisiejszego dnia. Snorkeling & dolphins. Trochę nie chronologicznie wrzuciłam zdjęcia, bo najpierw były delfiny, a potem rybki;) Zresztą z tym też była ciekawa historia. Płyniemy sobie w nieznane motorówka, coraz dalej od lądu, delfinów brak. Nagle kapitan dostaje telefon, że delfiny są w miejscu X więc zmieniamy trasę. I tak sobie pływamy wzdłuż nabrzeża. W końcu zauważyliśmy kilka sztuk dość daleko od nas. Po dotarciu na miejsce pojawiło się ich calkiem sporo. Są przepiękne. Wolne, radosne, szczęśliwie… Super:) W pewnym momencie kapitan zapytał czy chcemy popływać, to było złe pytanie. Pewnie myślał, że idpowiemy nie. A tu jak na złość goście bardzo chcieli. Nie ukrywam,  iż ucieszyłam się niezmiernie. Rzadko można zażywać kąpieli na środku morza o głębokości kilkuset metrów;) Oczywiście jako opiekunka grupy też weszłam do wody, i nieszczęśliwa ja musiałam wyjść z niej ostatnia. Oczywiście dla bezpieczeństwa grupy hahahah:) Uwielbiam takie chwile.  Potem byla kolejna przejażdżka i dotarlismy w miejsce idealne do snurkowania, z ładną rafa, przepięknymi rybkami. Czegóż można chcieć więcej? W pewnym momencie nasz przewodnik Hazaa zaczął je dokarmiać. A one jak szalone pływały wokół. Do mnie też przypłynęły gdy chciałam zdjęcie. Jedna, taka śmieszna, czarna sztuka chyba pomyliła bajki. Bo całkiem jak w tej o królewiczu zaklętym w żabę, prawie dała mi buziaka:) co prawda nie pojawił się żaden przystojny książę, ale co tam i tak było fajnie.

Oman bardzo szybko się rozwija. Powstaje mnóstwo nowych hoteli, w których już teraz odpoczywają ludzie z całego świata.

Po zakończeniu wycieczki, która moim zdaniem była niesamowicie udana, miałam wolne, więc poszłam zwiedzać (jak zwykle). Było oglądanie souqu, czyli tutejszego targu. Niesamowite jest to, że oni ok 14 idą na obiad, zamykają wszystko i jedyne czym chronią swoje cuda to trochę materiału. 

Gdy zapytalam jak to możliwe, że nic nie działa w tym czasie, uslyszalam, iż wszyscy mają blisko do domów, więc wolą tez czas spędzić z rodziną. 

Kolejną ciekawostka jest historia Omanu. Kilkadziesiąt lat temu sułtan tego kraju stwierdził, że kraj musi być z czegoś znany. Słowem-kluczem okazało się „bezpieczeństwo”. Ludzie tu mieszkający, odwiedzający czują się bardzo bezpiecznie, miło. Chcą tu wracać. Nie ukrywam, iż mam takie same odczucia. To miejsce ma coś w sobie. Nie jest jak Dubaj czy Abu Dhabi. Ma duszę, spokojną, dobrą egzystencję. I oby tak zostało. Salam…

Izrael/Jordan

Izrael, Haifa. Bardzo ciekawe miejsce zarówno jeśli chodzi o budownictwo jak i ludzi. Pomieszanie z poplątaniem. Tutaj Żydzi mieszkają obok Katolików. Jedzą w tych samych miejscach, na ulicach nie widać zamieszek, nie odczuwa się wrogości. Nie wiem jak jest w innych miejscach, ale dla mnie takie połączenie jest fantastyczne. Gdzie indziej na świecie znajdziesz kościół, a kilka ulic dalej minaret? Właśnie tutaj. Zrobiło to na mnie duże wrażenie. Oprócz tego ludzie są niesamowicie przyjaźni. 
Swoją wycieczkę rozpoczęłam od Nazaretu. Tam odwiedziliśmy kościół, w którym znajduje się miejsce, gdzie Anioł Gabriel obwieścił Maryi, że urodzi Zbawiciela. Wewnątrz widać grotę, w której to się wydarzyło. Na ścianach wiszą wizerunki Maryi wykonane i ofiarowane przez różne nacje. Główna postać przybiera różne kobiece oblicza, w zależności od kraju pochodzenia. Mamy Maryję wyglądającą jak Japonka, kanadyjską odsłonę, ale co mnie zaskoczył, również Polską Madonnę. Każda jest piękna i niesamowita. Później odwiedziliśmy miejsce gdzie pracował Józef, tzn. kościół, który tam powstał. I tu dwie ciekawostki. Pierwsza to oczywiście tablica pamiątkowa po polsku od jakiegoś harcerskiego zastępu. Ale druga to słowa przewodnika – „Tam nie ma co oglądać. To takie puste miejsce. Chodźmy dalej.” Przekora we mnie przeważyła więc weszłam, a tam piękny kościół, co ptawda nie tak wystawny jak poprzedni, ale na pewno nie pusty. Dziwne jak ludzie odbierają różnie rzeczywistość;)

 Następnie zabrał nas na targ, mówiąc, że nic specjalnego tam nie ma, ale to typowe miejsce więc żebyśmy zobaczyli. No to poszłam.  Masakra jakaś, trzy stoiska na krzyż ze starociami, resztki warzyw, ehhh. Ale odkryłam jedną perełkę – na jednym ze stanowisk w workach było „coś”. Piszę tak nie bez kozery bo mam dla Was zagadkę. Co znajduje się na zdjęciu poniżej? Kto zgadnie tego czeka nagroda niespodzianka po moim powrocie. Co prawda sama nie mam pojęcia co to jest, ale kto wykaże się największą pomysłowością wygra:)

Po zakończeniu eksploracji poszliśmy do „lepszego sklepu”. Wiadomo, prowadzonego przez znajomego. Tam zakupy i kolejny element wycieczki. Niestety przewodnik najpierw się zgubił lekko, potem powiedział, że nie zdążymy do Galilei przez korki, więc wracamy. Uuuu średnia była ta wycieczka. Chociaż się przynajmniej wyspałam w autobusie. Plusy trzeba znajdować wszędzie.

Na koniec przewodnik podał nam nazwę restauracji z najlepszym hummusem w Haifie. Zgodnie stwierdziłyśmy z dziewczynami ze spa, że idziemy ale najpierw słynne ogrody Baha’i. To poszłyśmy. Po drodze odpadły kolejne dziewczyny więc na koniec zostałyśmy tylko z Xinyi z Chin. Wspinaczka po schodach, długa i mozolna, ufff…a na końcu….zamknięte ogrody:) Piękne są nawet przez ogrodzenie.

A potem był przepyszny hummus, mniammmii. Zobaczymy czy w Abu dhabi znajdziemy lepszy?:)

Po drodze był Kanał Sueski (chyba tak się to pisze;) Po jednej stronie pustynia a po drugiej Kair.

Dziś z kolei jestem w Jordanie. Czuję się jak w zoo, blondynka, jasna karnacja. Wszyscy się zatrzymują, uśmiechają. A co, piękne kobiety idą ulicą to patrzą.

Mężczyzna, który robi „naleśnik” na beczce był mega miły. Nie mówił nic po angielsku ale ofiarował nam jednego, był przepyszny, bo od serca. A może powód był inny, nie wiem ale wole pierwszą wersję:) Teraz siedzę, piszę bloga i czekam na przyszłość czytaną z kawy. Natura, wielkie drzewo, przestrzeń…. Moja ścieżka życiowa jest przejrzysta, wyznaczona, rozpoczęta. Teraz muszę nią iść:) a to mogę zrobić. Kristina obyś miała rację.

Ostatni rejs w Europie.

Hallo hallo, tu Weronika, która po raz ostatni pisze z Europy. Później będzie już tylko cieplej i ciekawiej, bo wymarzone destynacje przede mną. W telegraficznym skrócie – jak tylko dotrę do Rzymu w przyszłym tygodniu zakończymy sezon. Potem Grecja, Izrael, Abu Dhabi, Indonesia, Australia, Nowa Zelandia, i tak w kółko aż do naszej wiosny:)

Plany znacie, a teraz co ciekawego wydarzyło sie w ostatnim czasie. Przede wszystkim w życiu nie myślałam, że można rak intensywnie zwiedzać nowe miejsca. Ponieważ mam jedynie pół dnia wolnego (co w praktyce powinno wystarczyć, ale niestety już 3 razy miałam jakieś obowiązkowe szkolenie więc wychodzi na to, iż zwykle mam 2 godziny;) Tak więc trzeba się sprężać za każdym razem. Nie przeskocze przecież, a już i tak było zabawnie przy pierwszym szkoleniu. A więc tak. Jakiś tydzień temu stoimy na recepcje wieczorem, ja uradowana, że jutro pozwiedzam, a tu patrzę BOAT DRILL. W sumie spoko, przecież mam wolne to mnie ominie. W tym momencie dziewczyny zaczynają się śmiać, że to tak nie działa. Jak są ćwiczenia to nie ma, że boli. Trzeba zostać. Więc zostałam. Skończyło się na krótkiej wizycie w kolejnym mieście. Taormina zwiedzona, ale bardzo pobieżnie. Tylko na dłuższą chwilę wyskoczyłam ze statku, popędziłam na wzgórza i obejrzałam piękną panoramę. Kolejne szkolenia też wypadały w moje dni wolne, więc Maltę zwiedzałam nocą (na szczęście byliśmy tam przez 2 dni, po pracy udało mi się poczuć atmosferę przepięknego miasta jakim jest Valetta.) Ta najbardziej na południe wysunięta stolica w Europie ma niesamowitą aurę, wszytko jest otoczone kamiennymi murami, każdy zakątek idealnie wpisuje się w to miejsce. 

Poniżej jeszcze kilka fotek z Bonifacio, innego, cudownego zakątka. Dla wszystkich, którzy wiedzą jak to jest na łajbie- plaża bez sera i bagietki się nie liczy, więc i to zaliczone:)

A tak wyglądam jak mamy boat drill:)

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

Up ↑